czwartek, 11. marca 2010

Jestes tutaj: JOGA Artykuły

Artykuły

Agresja - konieczność, niewiedza czy brak samokontroli...

Email Drukuj PDF
Agresja – konieczność, niewiedza, czy brak samokontroli…


    Ciągły pośpiech i rosnące tempo życia sprawiają, że codziennie zmagamy się ze stresem i coraz częściej z postawami agresywnymi. Czy reagować na gniew gniewem, czy może są inne metody, które nam pomogą a nie zaszkodzą. Chińczycy mówią, że wystarczy 5 min. aby każdy człowiek posiedział bez ruchu codziennie, a nie będzie na świecie agresji i wojen. Czy możemy na stałe nabrać dystansu do otaczającego nas pośpiechu i agresji? Czy tłumić złość i pracować na wrzody, czy lepiej pozwolić sobie wybuch gniewu?

    Wyrażanie gniewu nie zawsze jest najlepszym sposobem na uporanie się z tą emocją. Krzyczymy, obrażamy ponieważ wściekłość zawładnęła naszym umysłem. Dzięki jodze stajemy się bardziej świadomi naszych zachowań,  zrównoważeni. Stabilność fizyczna, którą dają nam asany (pozycje w jodze), przekłada się na równowagę w życiu codziennym. Większa część naszych przeżyć emocjonalnych składa się z porywów negatywnych uczuć przetaczających się przez nasz umysł. Kiedy umysł jest sparaliżowany gniewem, klarowne postrzeganie jest niemożliwe. Kiedy pozwolimy porwać się emocjom, obwiniamy innych za to co nam się przytrafiło. Joga uwalnia umysł od ślepoty i chorobliwych emocji, równocześnie rozwija w miarę doskonalenia praktyki skupienie, dobroć i poczucie szczęścia. Oczywiście ogólnie wiadomym jest, że gromadzony stres daje początek chorobom psychosomatycznym. Co zrobić żeby w obliczu napięć móc sobie pomóc....Jeżeli mamy możliwość wyjdźmy pospacerować. Nie jest to jednak zwykła przechadzka. Obserwujmy oddech, koordynując go z krokami i skupiając się na stawianiu stóp na ziemi. Potem przystąpmy do oględzin naszego samopoczucia i spróbujmy dociec przyczyn wydarzeń. Korzenie złości tkwią w naszym braku zrozumienia siebie samych oraz braku zrozumienia głębszych i bezpośrednich przyczyn tego przykrego stanu. Nie twierdzę, że nie należy odpierać złośliwych napaści. Jednak najistotniejsze jest, by zająć się ziarnem negatywizmu w nas samych. Innym prostym sposobem jest obserwacja naszej wściekłości. W świetle uważności nasz gniew natychmiast traci sporo ze swej destrukcyjnej natury. Obserwując gniew uważnie oddychaj. Można to zrobić w dowolnej pozycji; stojąc, leżąc, chodząc, siedząc. Siad jest pozycją najbardziej stabilną, więc jeżeli możesz usiądź..

    Co zrobić, gdy złość kipi, czy wyładować się na kimś, czy stłumić gniew. Wściekamy się na kolegę - tu zwykle łatwiej nam wybuchnąć. Kiedy obiektem naszej potencjalnej agresji może być szef, zwykle udaje nam się opanować, ale wtedy znów stłumiona agresja pracuje na niekorzyść naszego organizmu. Co zatem zrobić? Czy istnieje jakiś sposób "na szybko"? Co zrobić, żeby się nie nakręcać (czasami agresja narasta od samego rana, a czasem człowiek przecież budzi się z takim poczuciem: bez kija dziś do mnie nie podchodź ?
    Mówimy "Ten kto kocha siebie, nigdy nie skrzywdzi innych". Sumienna praktyka jogi, to wyraz współczucia dla nas samych, ponieważ świadomie poświęcamy czas i wysiłek na poprawę naszego samopoczucia. Wgląd w głąb siebie, jakiego dostępujemy w czasie praktyki, sprawia, że łatwiej nam odczuwać miłość w stosunku do innych. Jeżeli kipi w nas złość i nie umiemy sobie z tym poradzić to sygnał, że na poważnie musimy się tym zająć. Może to być właściwy czas aby rozpocząć praktykę jogi, żeby uniknąć chorób i stworzyć harmonię w domu i w pracy. Możesz też zacząć praktykę uśmiechu. Uśmiech jest potwierdzeniem świadomości i determinacji, by żyć w pokoju i radości. Uśmiech pomoże wam wkroczyć w dzień łagodnie i ze zrozumieniem. Natomiast wyrażanie gniewu wobec osoby na którą się gniewamy, może spowodować wiele szkód. Zużyjmy część naszej energii na szybki marsz lub inną aktywność fizyczną. Na krótką metę może ta metoda okazać się skuteczna. Kiedy poczujecie się wyczerpani, poczujecie się lepiej. Jednak korzenie gniewu nadal tkwią nienaruszone. Mocny wysiłek fizyczny przynosi ulgę, ale jest nietrwały.
Joga pomaga uporać się z korzeniami naszego gniewu, wejść głęboko w jego przyczyny, aby w efekcie końcowym wyeliminować go w ogóle. Joga jest metodą integracji, która prowadzi do spokoju i szczęścia.

    Pytanie natury mniej praktycznej - skąd się w nas bierze łatwość stosowania przemocy wobec innych? Wydaje się, że szczególnie chętnie używamy jej wobec osób w jakiś sposób od nas zależnych. Co zrobić, żeby nie stać się firmowym kozłem ofiarnym?
    Kiedy jesteśmy źli, nie mamy ochoty zajmować się sobą. Wolimy myśleć o osobie, która nas rozłościła i im więcej o niej myślimy, tym silniej rozpala się nasz gniew. A tak naprawdę rola otoczenia i innych ludzi jest drugorzędna. Powinniśmy przyjąć do wiadomości, że osoba, która wywołała nasz gniew, również miała swoje powody, by postąpić tak jak postąpiła. Gdy zaczynamy dostrzegać i rozumieć przyczyny, to znaczy, że zaczyna się proces uwalniania od gniewu. Zacznijmy od siebie. Nie trzeba obwiniać, perswadować, ani toczyć sporów- wystarczy zrozumieć. Kiedy zrozumiesz i okażesz to zrozumienie, to znaczy, że potrafisz kochać. W tym momencie sytuacja ulega diametralnej zmianie . Pojęcie „kozła ofiarnego” jest wytworem naszego ego, oderwaniem się od samych siebie, i brakiem świadomości.

    Sposoby, o które pytam w punktach 1) i 2) to chwilowe środki zaradcze, coś na awarię. Ale przecież nie można całego życia pokonać na awaryjnych metodach. Co możemy robić długofalowo, żeby skutecznie bronić się przed cudzą agresją i abyśmy sami sobie mogli pozwolić na luksus unikania przemocy w kontaktach z innymi (czyli tego, żeby nie robić krzywdy innym).
    Miłość i zrozumienie, jako  całość daje nam spokój i siłę. Człowiek silny i spokojny nigdy nie będzie agresywny. Musimy dokonać głębokiego wglądu, aby zrozumieć. Umysł miłości przynosi nam spokój i radość.
Praktyka jogi wpływa na zmianę oddechu. Z czasem ciało i umysł stają się jednym. Oddech jogi wymiata komplikacje umysłu. Staje się on czysty i przejrzysty, jest doskonałą uwagą. Nauczenie się właściwego oddechu stanowi furtkę do uzyskania wielu korzyści z jogi na wielu poziomach- fizycznym i mentalnym. Mówi się, że rozum jest królem zmysłów, a królem rozumu jest oddech. Jeżeli oddech jest kontrolowany i rytmiczny, umysł staje się spokojny. Celem jogi jest osiągnięcie stanu równowagi , spokoju i pełnej harmonii.


Opracowała Iwona Ramotowska

Medytacja lepsza niż prozac.

Email Drukuj PDF

Forum o medytacjiArtykuł ukazał się w FORUM nr 9 (26-02-04.03.2007). Oryginał na podstawie Psychology Today

Medytacja lepsza niż prozac.

WGLĄD W GŁĄB

W poszukiwaniu sposobu na ból i stres nowoczesna psychologia nobilitowała tradycyjną naukę o medytacji. Okazuje się, że poczucie szczęścia można kształtować jak bicepsy na siłowni. Wystarczy trening. 24 minuty dziennie.

Kiedy mój syn miał osiem lat, zadzwonił na policję, ponieważ zabrałam mu gamę boya. Szkoda, że nie interesowałam się wówczas buddyzmem, bo prawdopodobnie poradziłabym sobie z tą sytuacją o wiele lepiej. Prawdopodobnie nie nawrzeszczałabym na niego, gdy rozmawiał z dyspozytorem. Prawdopodobnie nie trzęsłabym się jak osika, gdy policjanci przesłuchiwali nas w oddzielnych pokojach - do chwili, gdy usłyszałam za ścianą pytanie zdumionego funkcjonariusza: Co ci zabrała twoja mama? A co najważniejsze, o wiele szybciej wybaczyłabym synowi i cała sprawa nie zakończyłaby się tak dramatycznie. Być może nawet potraktowałabym go ze współczuciem. Marną pociechą jest świadomość, że wielu skądinąd całkiem normalnych ludzi podobnie sobie nie radzi. Nasze skupienie pryska, cierpliwość szybko się wyczerpuje. Napędzani strachem, złością, pragnieniami oraz innymi głęboko zakorzenionymi namiętnościami machinalnie przechodzimy od bodźca do działania.

DYSCYPLINUJĄC MYŚLI

W przeciwieństwie do tego osoby praktykujące medytację buddyjską wykorzystują swój umysł w sposób znacznie bardziej umiejętny. Czerpiąc z dwuipółtysiącletniej tradycji „technologii mentalnej", czyli ze skarbnicy technik umożliwiających uważne przypatrywanie się funkcjonowaniu umysłu, rozwijają w sobie metody kontrolowania życia psychicznego - co pozwala na unikanie burz emocjonalnych - oraz rozbudzają świadomość, spokój, współczucie i radość. Ich przykład pokazuje, że wszyscy możemy modyfikować swoje nastroje, regulować emocje oraz zwiększać zdolności poznawcze -słowem, możemy wykorzystywać lepiej potencjał naszego umysłu.

Medytacja w swiatyni- To długotrwała strategia pielęgnowania serca umysłu, aby w pełni wykorzystać jego możliwości mówi B. Alan Wallace, założyciel i prezes Santa Barbara Institute for Consciousness Studies (Instytutu Badań nad Świadomością w Santa Barbara).Wallace jest buddystą i uczonym, który zgłębia relacje między nauką i religią. Wierzy, że sami jesteśmy sprawcami większości cierpień, które odczuwamy. W obliczu zagrożenia poczucia „ja" nasze uczucia tworzą bastion i zaciemniają postrzeganie za pomocą zmysłów. W końcu reagujemy tak, jak byśmy nie mieli żadnego wyboru.

Medytacja zmienia to, co uważamy za trwałe cechy mentalne, przeobraża nasz niepokój oraz gniew. Praktykujący medytację się przekonują, że uczucia to wydarzenia, które powstają w naszej psychice jak bąbelki wznoszące się z dna garnka z wrzątkiem. - Uczymy się z dystansem podchodzić do emocji, nie czepiamy się ich już kurczowo - twierdzi Richard Davidson z Uniwersytetu Wisconsin w Madison. Jon Kabat-Zinn, założyciel pionierskiej Stress Reduction Clinic (Kliniki Redukowania Stresu) w Ośrodku Medycznym Uniwersytetu Massachusetts, uważa, że w wyniku zadziwiającej zbieżności wyników badań naukowych, dotyczących stanów wewnętrznych człowieka, z nowym rozumieniem tradycji duchowej medytacja buddyjska prowadzi do poszerzenia naszego rozumienia człowieczeństwa.

Około dziesięciu milionów Amerykanów deklaruje, że praktykują taką lub inną formę medytacji. Wśród tradycji duchowych buddyzm stanowi wyjątek w tym sensie, że przywiązuje wielką wagę do psychologii. Główne nauki buddyzmu zachęcają praktykujących do uwolnienia się od cierpień i odkrycia szczęścia. Koncepcja samodoskonalenia leży u podstaw bhavany - tłumaczonej powszechnie z sanskrytu jako „medytacja", choć dosłownie określenie to znaczy „pielęgnowanie". - Termin ten ma dokładnie takie konotacje, jakbyśmy mówili o pielęgnowaniu ogrodu - mówi Wallace.

Twierdzenie, że korzystne stany umysłu - takie jak skupienie, dobroć i poczucie szczęścia - można rozwijać w ramach praktyki, wciąż uważa się na Zachodzie za zbyt radykalne. Oprócz coraz bardziej popularnego nurtu „psychologii pozytywnej", której wielu czołowych przedstawicieli pozostaje pod wpływem buddyzmu, uczeni Zachodu wciąż w dużej mierze koncentrują się raczej na leczeniu umysłowo chorych, nie zaś na polepszaniu życia tych, których uważa się za osoby „normalne". Przypomnijmy sobie skromne cele Freuda: chodziło o to, by przekształcić nerwicę histeryczną w „pospolite nieszczęście". Zachodnia nauka zadowala się przekonaniem, że każdy z nas ma mniej lub bardziej zdeterminowaną genetycznie matrycę określającą szansę pomyślnego życia - że szczęście i miłość nam się przytrafiają. Budda ujął to inaczej. Nauczał, że nasze podstawowe uwarunkowania być może skazują nas na cierpienie, ale jeśli tak się dzieje, to tylko wskutek naszej ignorancji. Możemy przekroczyć nasz los, gdy uczymy się poprzez medytację, jak uspokajać umysł. A więc nie tylko, jak się odprężać i radzić sobie ze stresem do czego sprowadzają się popularne wyobrażenia buddyzmu - ale też, jak w rygorystyczny sposób wyćwiczyć się w wykorzenianiu zgubnych nawyków mentalnych. Medytacja nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem służącym do zgłębiania własnego umysłu i przekształcania światopoglądu. W trakcie medytacji nie bujamy w obłokach, lecz dostrajamy nasz umysł, doskonalimy umiejętność autorefleksji.

- Przestajemy niezmiennie kierować się na zewnątrz. Zaczynamy patrzeć do wewnątrz, zaczynamy dostrzegać, jak funkcjonuje umysł, i zmieniamy go myśl po myśli - wyjaśnia Matthieu Ricard, mnich buddyjski, uczony i francuski tłumacz dalajlamy.

- Francuscy intelektualiści tego nie lubią. Mówią: „Bądźmy spontaniczni, namiętności są smakiem życia". Uważają, że podejmowanie wysiłku jest nieprzyjemne - że to stara, głupia dyscyplina - dlatego tkwimy w takim zamęcie. A przecież wielu z nas rozumie, że poprzez ćwiczenia fizyczne możemy nabrać dobrej kondycji. Dlatego idea rozwijania umiejętności mentalnych zyskuje coraz więcej zwolenników.

Mnich podłączony Zachęta do nowego podejścia pojawia się z nieoczekiwanej strony. Neurologia dysponuje przekonującymi świadectwami, że mózg jest elastyczny, obdarzony przez całe życie zdolnością do reorganizacji w odpowiedzi na nowe doświadczenia. - Dziś wiemy, że pobudzanie neuronów może powodować zmiany w połączeniach układu nerwowego, a doświadczenia życiowe prowadzą do zmian w tym pobudzaniu - wyjaśnia Daniel Seigel, psychiatra z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. Na przykład mózg skrzypka zmienia się w miarę jak muzyk doskonali swoje umiejętności. Tak samo mózg londyńskiego taksówkarza, którego zarobek zależy od niezawodnej pamięci. Podobnie poprzez wielokrotnie powtarzaną praktykę skupiania uwagi medytujący może wzmacniać obwody nerwowe odpowiedzialne za świadomą kontrolę uwagi. Pewien lama tybetański powiedział Wallace, że przed podjęciem takiego treningu jego umysł był jak jeleń o rozłożystym porożu, próbujący przedrzeć się przez gęsty las. Zwierzę takie raz po raz wikła się w gałęzie. Lecz po wielu latach praktyki jego u zaczął bardziej przypominać małpę w dżungli, swobodnie bujającą się na konarach.

NA TROPACH SZCZĘŚCIA

- Osoby pokroju wspomnianego lamy są tym medytacji, czym był Lance Armstrong dla kolarstwa - niedościgłymi mistrzami - twierdzi Davidson. A jego pionierskie scyntygramy mózgów (obrazy komputerowe mózgu uzyskane po podaniu badanym niewielkich dawek izotopów promieniotwórczych) mnichów tybetańskich: dostarczają ciekawych świadectw wskazujących, że emocje, takie jak miłość i współczucie w gruncie rzeczy są umiejętnościami, których można się nauczyć. Badania pokazują także, że życie monastyczne nie jest niezbędnym wymogiem - nawet krótka, ale regularna medytacja przynosi bardzo wymierne korzyści. Przejście na buddyzm również nie stanowi konieczności. - Jestem przekonany, że można diametralnie odmienić swoje jeśli zacznie się choćby od pół godziny dziennie - mówi Ricard. - Gdy praktykujemy, pojwia się strumyczek aktów poznawczych. Kropla po kropli napełniamy dzban.

Niedawne badania przeprowadzone w szpitalu chorób ogólnych w Massachusetts dowodzą, że codzienna 40-minutowa medytacja pogrubia części kory mózgowej odpowiedzialnej za uwagę i przetwarzanie sensoryczne. W pilotażowych badaniach przeprowadzonych na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Francisco naukowcy odkryli, że u nauczycieli, którzy mieli nikłe pojęcie o technikach buddyjskich i medytowali dziennie niespełna pół godziny dziennie, nastrój poprawił się w takim stopniu jak gdyby zażywali środki antydepresyjne.

Są rozmaite rodzaje medytacji, które mozna wykorzystać do rozwinięcia określonych umiejętności mentalnych. Podejście, o którym mowa, koncentruje się na praktykach dotyczących powszechnych problemów emocjonalnych. Dzięki podstawowym technikom medytacyjnym możemy rozwinąć w sobie umiejętność utrzymywania koncentracji, zwiększyć stabilność emocjonalną, rozumieć uczucia innych oraz uwolnić się od ograniczeń, uniemożliwiają nam doświadczanie szczęścia. Komputery, pagery, gry wideo, telefony, bezustanne e-maile - to wszystko niszczy naszą zdolność koncentracji. Współczesne życie sprzyja stanowi rozproszenia. Lecz być może problem nie kryje się w naszych telefonach komórkowych, tylko w nas samych. W końcu to my bez przerwy dokonujemy wyboru między tym, czym się zajmujemy, a tym, czego unikamy.

Życie i koncentracja Niestety większość z nas dokonuje tych wyborów - w najlepszym razie - półświadomie. Nawet nie próbujemy kontrolować naszej uwagi, być może dlatego, że nie wiemy, jak to robić. Buddyści twierdzą, że umiejętność tę można doskonalić poprzez konsekwentną praktykę medytacji: umysł jest z natury niestabilny, skłonny do rozkojarzenia, a medytacja go uspokaja.- Medytacja to właściwie zwracanie uwagi – twierdzi Kabat-Zinn. Rozwijanie koncentracji nie tylko stabilizuje i rozjaśnia umysł, ale też może zwiększać naszą kreatywność i produktywność oraz wzbogacić związki z innymi ludźmi. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdybyśmy zwracali w stu procentach uwagę na naszego partnera życiowego!

Punktem wyjścia na tej drodze jest uwaga, czyli wolna od osądzania świadomość konkretnego przedmiotu, oraz głębokie wnikanie w naturę rzeczy. Powszechne podejście do rozwijania uwagi polega na skupieniu się na jakimś przedmiocie lub własnym oddechu - kierujemy uwagę na wdech i wydech oraz cierpliwie sprowadzamy ją z powrotem do oddychania, ilekroć zaczynamy błądzić myślami gdzieś daleko. - Praktykujemy skupianie się na jednym przedmiocie - mówi Clifford Saron, neurolog z Ośrodka Badań nad Umysłem i Mózgiem na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis. - Zaczynamy obserwować przepływ percepcji z minuty na minutę. W miarę pogłębiania praktyki zauważamy prawidłowości w tych oscylacjach. To tak, jakbyśmy napinali mięśnie w mózgu. Richard Davidson z Uniwersytetu Wisconsin twierdzi, że ćwiczenie umysłowe polegające na medytacji wzmacnia i stabilizuje sieci neuronowe w ośrodku wykonawczym całego mózgu odpowiedzialnym również za uwagę.

- Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo elastyczne są to obwody - dodaje. - O wiele bardziej niż dotąd przypuszczano.

Trudność takiej praktyki polega na znalezieniu cienkiej granicy między nudą a rozkojarzeniem. Wykorzystujemy do tego proces autorefleksji, który psychologowie nazywają metakognicją: to niejako świadomość świadomości. To dzięki niej wiemy, kiedy - z jednej strony - zaczynamy tracić zainteresowanie i musimy wykrzesać z siebie nową świeżość oraz - z drugiej strony - kiedy zaczynamy błądzić myślami i musimy przywołać z powrotem swoją uwagę. Gdy tak krok po kroku coraz lepiej dostrajamy uwagę, zauważamy typowy chaos naszych myśli i stopniowo dostrzegamy kryjący się za nimi spokój. - Świadomość bierze górę nad myślami - mówi Kabat-Zinn - bo jesteśmy świadomi swoich myśli.

W swojej nowej książce „The Attention Revo-lution: Unlocking the Power of the Focused Mind" (Rewolucja w podejściu do uwagi: uwolniona moc skupionego umysłu) Wallace opisuje dziewięciostopniowy program osiągnięcia spokoju - „trwania w spokoju" zwanego w buddyzmie śamathą. Pewien buddyjski uczony powiedział, że uwaga staje się „lampką oliwną, której płomieniem już nie miota powietrze; dokądkolwiek kierujemy świadomość, jest ona stabilna i wyostrzona". Badania pokazują, że dla zwiększenia efektywności w testach wymagających koncentracji krótkie sesje medytacyjne mogą odnieść lepszy skutek niż drzemka - i to nawet wśród nowicjuszy. Ale korzyści jest więcej. Medytacja może radykalnie wpływać na emocje. Większa część naszych przeżyć emocjonalnych składa się z porywów negatywnych uczuć przetaczających się przez nasz umysł. Uczucia te stanowią dla nas torturę, choć nie są fundamentalnie powiązane z konkretnymi doświadczeniami. Emocje to nie fakty - stwierdza Davidson.

BARDZIEJ NIEBO NIŻ BURZA

Takie stany wzburzenia emocjonalnego częstokroć są naszymi największymi wrogami - paraliżują umysł, uniemożliwiają klarowne postrzeganie i reagowanie. Innymi słowy ograniczają naszą zdolność do tego, byśmy żyli pełnią życia. Z badań wynika, że negatywne emocje są tak stresujące, że większość ludzi, gdyby miała wybór, wolałaby znosić duży ból fizyczny, na przykład wywołany silnymi elektrowstrząsami.

A jednak ludzie z własnego wyboru karmią się ogromnymi porcjami umysłowego cierpienia, tym, co Robert Sapolsky, neurolog z Uniwersytetu Stanforda, nazywa „cierpieniem dodatkowym" „bólem tego, co było, co będzie, co mogłoby być albo czego doświadcza ktoś inny". Pokazał z upływem czasu takie dodatkowe porcje cierpienia umysłowego mogą uszkodzić te części mózgu są odpowiedzialne za uczenie się i pamięć, jak również mogą osłabić system odpornościowy.

Kilka dekad przed badaniami Sapolsky'ego psycholog kognitywny Albert Ellis wystąpił z radykalną wówczas tezą, że bolesne uczucia biorą się bardziej z ludzkich przekonań niż z rzeczywistości: myśli mogą prowadzić do udręki. Dziś psychologowie prowadzący terapię kognitywno-behawioralną - w tym leciwy już Ellis - radzą pacjentom zmniejszać stres emocjonalny przez zmianę treści ich myśli, kwestionowanie dotychczasowych przekonań oraz badanie nowych możliwości.

Medytacja buddyjska w odmienny sposób ujmuje te zagadnienia. Przekształca nie tyle same emocje co nasz stosunek do nich. Pozwala nam z chwili na chwilę obserwować zmiany nastroju w taki sposób, że możemy się wśród nich poruszać. - Przypominamy bardziej niebo niż burzę - stwierdza Kabat-Zinn. W ten sposób możemy uniknąć pokusy formułowania niesprawiedliwych osądów oraz skłonności do natychmiastowej impulsywnej reakcji.

Wydaje się, że to podejście odnosi skutek daniach pod kierownictwem psychologa Zindela Segala z uniwersytetu w Toronto okazało się, że medytacja z powodzeniem zapobiegała nawrotom depresji u pacjentów z historią powtarzających się zaburzeń nastrojów.

Według Wallace'a medytacja staje się rodzaju „tablicą rozdzielczą naszych emocji. Trzymając się tej analogii: obserwujemy przyrządy pomiarowe i w sposób obiektywny ustalamy, czy grozi nam „przegrzanie". Nie jesteśmy wiec zaskoczeni, kiedy nagle z silnika bucha para. W tym przypadku silnikiem jest to, co nazywa się układem limbicznym (odpowiada on za emocje) - połączonym z korą przedczołową. Poprzez oddziaływanie na korę przedczołową medytacja potrafi schłodzić rozbudzenie pochodzące z systemu limbicznego, w którym w reakcji na lęk lub gniew włącza się tryb alarmowy.

Być może mogłam dostrzec, że moja chęć, aby wrzasnąć na syna, gdy wykręcał numer na policję, jest bezsensowna. Jednak na co dzień trudno o taką jasność widzenia. W wypadku większości z nas czas, który upływa pomiędzy prowokującym nas bodźcem a działaniem, jest krótszy niż jedno uderzenie serca. Wydarzenie stanowiące impuls oraz reakcję znajdującego się w mózgu jądra migdałowatego, czyli „ośrodka strachu", dzieli zaledwie ćwierć sekundy. Z drugiej strony to dość czasu, by emocje opanowały naszą chęć ferowania wyroków i tak właśnie najczęściej się dzieje.

Medytacja może jednak sprawić, że ta reakcja łańcuchowa zostanie przerwana, bo „dostrzegamy iskrę, zanim buchnie płomień". Poprzez wielogodzinne obserwowanie tyranicznego samowładztwa swoich emocji możemy stopniowo poznać spokój własnego umysłu: tę jego część, która pewnego dnia przeciwstawi się tyranii. - Zaznajamiamy się z tym, jak powstają emocje - mówi Matthieu Ricard - i jak zniewalają nasz umyśl albo znikają bez śladu.

KTO KOCHA SIEBIE

Medytacja to także doskonałe narzędzie dostrajania się interpersonalnego, czyli innymi słowy współczucia - Zdolność do postrzegania własnego umysłu dodaje Seigel z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles - to zdolność do postrzegania umysłów innych ludzi.

Jak wie każdy rodzic nastolatka, współczucie to często mozolna praca. Rozbudzanie w sobie serdeczności dla kogoś, kto warczy jak pies, prosząc o pieniądze, wymaga dużego wysiłku. By to się powiodło, niektórzy rodzice muszą stosować pewne zabiegi w stosunku do własnego umysłu - przypominają sobie na przykład, że zbuntowany nastolatek był kiedyś rozkosznym niemowlakiem.

Podczas medytacji buddyści robią coś podobnego. - Trzeba to powtarzać w kółko - mówi z uporem Ricard. - I wcale nie jest to skomplikowane. Wyobraźmy sobie kogoś, kogo kochamy: życzymy tej osobie wszystkiego najlepszego i uczucie to stopniowo rozszerzamy na innych. Powinniśmy nim objąć ludzi, których uważamy za wrogów. Następnym krokiem jest włączenie wszystkich istot: pragniemy, by uczucie to „rozrastało się i rozrastało, by wypełniło nasz umysł do tego stopnia, że każdy nasz żywy atom tchnie miłującą dobrocią, współczuciem i życzliwością". - Trwamy w tym, aż staje się to częścią naszego umysłu, a potem powtarzamy. W końcu to jest coraz łatwiejsze, szybsze i silniejsze, także przez resztę czasu, nie tylko wtedy, gdy medytujemy. To jak jazda konna. Na początku trzeba być bardzo uważnym, żeby nie spaść, lecz prędko zapominamy, że siedzimy w siodle - kontynuuje Ricard.

Wydaje się, że z neurobiologicznego punktu widzenia jesteśmy zaprogramowani do odczuwania empatii. W latach 90. naukowcy odkryli, że ludzki umysł ma system „neuronów lustrzanych", które uruchamiają się wtedy, gdy obserwujemy zachowania i emocje innych ludzi - choćby, na przykład, wyraz bólu lub radości odmalowujący się na czyjejś twarzy. Taka aktywacja pozwala nam nie tylko odczytywać stany uczuciowe innych osób, ale także je współodczuwać.

Dopiero niedawno naukowcy zaczęli opisywać te regiony mózgu, które powiązane są z odczuwaniem pozytywnych emocji takich jak empatia. Kiedy Davidson badał za pomocą encefalografu Ricarda kontemplującego współczucie, zauważył zastanawiający wzrost fal gamma w lewej korze przedczołowej, obszarze związanym podobno z odczuwaniem szczęścia. Te ustalenia naukowe zdają się potwierdzać to, o czym często mówił dalajlama: Osoba medytująca nad współczuciem dla innych jako pierwsza czerpie z tego korzyści.

To współczucie zaczyna się w domu. - Ten, kto kocha siebie, nigdy nie skrzywdzi innych - powiedział podobno Budda. Sumienna praktyka medytacyjna to wyraz współczucia dla nas samych, ponieważ świadomie poświęcamy czas i wysiłek na poprawę naszego samopoczucia. Wgląd w głąb siebie, jakiego dostępujemy podczas takiej praktyki, sprawia, że łatwiej nam odczuwać miłość w stosunku do innych. Uświadamiając sobie, że często się porwać emocjom, stajemy się mniej skłonni do obwiniania innych za podobne zachowania, do interpretowania ich postępowania jako umyślnych, szkodliwych czynów.

Współczucie pomaga również ludziom w radzeniu sobie z własnym cierpieniem, ponieważ przypomina nam, że inni też cierpią. - Wtedy nasz ból nie jest aż tak uciążliwy - mówi Ricard. - Przestajemy zadawać sobie gorzkie pytanie: dlaczego ja? Więź między współczuciem dla innych i dla nas samych wyjaśnia być może, dlaczego w najnowszych badaniach łączy się altruizm ze zdrowiem i poczuciem szczęścia.

O tym, że Amerykanie masowo chcą dążyć do szczęścia, świadczą poczytne książki o sposobach znajdowania radości w życiu czy harwardzki kurs „spełnionego i kwitnącego życia". Oczywiście szczęście szczęściu nierówne. Większość z nas ceni sobie szczęście w rozumieniu hedonistycznym: doświadczanie przyjemności oraz gromadzenie dóbr materialnych i bogactw. Jest jednak inny rodzaj szczęścia, zwany eudajmonią, który polega na realizacji osobistych celów i osobistego potencjału. Idea ta ciągnie się przerywaną linią od Arystotelesa przez Masłowa po Sartre'a, gdzieś po drodze biegnąc równolegle do buddyzmu. Buddyzm głosi, że trwałe szczęście jest naszym przyrodzonym prawem. Lecz to szczęście nie bierze z posiadania; jego źródłem jest uwolnienie się umysłowej ślepoty i chorobliwych emocji. Kiedy tego dokonamy, twierdzi Ricard, widzimy się bez zasłon i zafałszowania. - To radość ze zbliżania się do wewnętrznej wolności oraz miłującej dobroci, która promieniuje na innych.

Jest wszakże małe „ale": jedną z tych zasłon stanowi wiara w niezmienne ,ja", czyli duszę. Tworzymy nasze własne cierpienie poprzez skomplikowany procesy autoidentyfikacji - mówi Kabat-Zinn. –Ego zaciska się wokół rzeczy. Ktoś w korku ulicznym stuknął w mój samochód. Mówię mu, że właśnie zepsuł „mi" cały dzień!

Jesteśmy w zasadniczy sposób współzależni od innych ludzi i środowiska, twierdzi Ricard w książce „W obronie szczęścia". W każdej chwili między narodzinami i śmiercią ciało przechodzi przez niezliczone przeobrażenia, a umysł jest sceną teatr na której dokonują się miliony przeżyć. Przeżycia te to po prostu zawartość mentalnego strumienia. A jednak w naszym ,ja" dopatrujemy się trwałości, autonomii i wyjątkowości. Takie błędne mniemanie o sobie oraz „oblepiające" ego są źródłem cierpi Osoby medytujące przekonują się, że kiedy przestają traktować swoje emocjonalne wzburzenia śmiertelnie poważnie, „ja" zanika. Wtedy doświadczają świata w sposób bardziej bezpośredni. Zwiększa się tak zwana absorpcja. - Ludzie łakną tego rodzaju autentycznych doświadczeń - stwierdza Kabat-Zinn.

Zachęcanie osób poszukujących szczęścia, by nie tylko wyzbyły się egoizmu, ale też zrozumiały amorficzność ego, wciąż odbierane jest na Zachodzie jako idea radykalna, nawet jeśli niektórzy czołowi neurolodzy doszli do podobnych wniosków. Singer, dyrektor Instytutu im. Maksa Planca we Frankfurcie nad Menem, twierdzi, że mózg nie żadnego „ośrodka decyzyjnego". Że jest jak orkiestra bez dyrygenta.

Napawa nadzieją myśl, że umysł może się zmieniać na lepsze - że staje się bardziej wyostrzony, przyjemniejszy, szczęśliwszy. Najlepszym argumentem Ricarda jest on sam. Wielu ludzi, którzy się z nim stykają, jest zadziwionych poczuciem szczęścia, które z niego emanuje. Ponad rok po swoim kryzysie rodzicielstwa, związanym z telefonem na policję, zaczęłam medytować samodzielnie, od czasu do czasu medytuję z synem, który i końca wyzbył się dawnej, typowej dla nas zapalczywości. Gmera przy kadzidełkach, kiedy skupiamy się na rozwijaniu współczucia dla siebie nawzajem oraz uczymy się spokoju.

Jak mówi Kabat-Zinn: Świadomość przywraca ci twoje własne życie. Dopiero wtedy możesz zdecydować, co z nim zrobić.

Podróż do własnej duszy ruszyli intelektualiści. filozof Matthieu Ricard, psycholog Albert Ellis. fizyk B. Alan Wallace

DrzezwoWYSTARCZĄ 24 MINUTY NA DOBĘ

Usiądź na poduszce po turecku, jeśli sprawia d co kłopot, na krześle lub po prostu połóż się na plecach, pamiętając o tym, by były proste. Rozluźnij mięśnie. Oczy możesz mieć zamknięte, półotwarte lub otwarte. Poczuj wypełniający cię spokój, nie ruszaj się, wyostrz zmysły. Weź powoli trzy delikatne, ale głębokie oddechy, wydychając za każdym razem powietrze przez nos. Pozwól, by świadomość wypełniła całe twoje ciało, rejestruj uważnie wszystko, co się z nim dzieje. Teraz zacznij oddychać zgodnie z naturalnym rytmem. Obserwuj proces wdychania i wydychania powietrza, zastanów się, czy oddech jest płytki i krótki czy raczej głęboki. Nie narzucaj sobie żadnego wymuszonego rytmu. Pozwól ciału oddychać tak, jakbyś miał za chwilę zasnąć, ale rób to świadomie. W twojej głowie po chwili zaczną się pojawiać uwagę może odwrócić jakiś hałas lub inne bodźce płynące z otoczenia. Kiedy zorientujesz się, że coś cię rozprasza, nie staraj się za wszelką cenę ponownie skoncentrować na oddychaniu, lecz pozwól, by niechciane myśli powędrowały dalej. Nie denerwuj się. Ciesz się z tego, że udało ci się zidentyfikować źródło niepokoju. Spokojnie powróć do obserwacji oddechu. Ćwicz tak 24 minuty dziennie. Jeśli okaże się to konieczne, początkujący adepci medytacji mogą sobie pomagać, licząc każdy oddech aż do osiągnięcia liczby 21. Za każdym razem, gdy umysł się rozproszy, należy zacząć liczyć od początku.

ZWYCIĘŻYĆ BÓL

Wielu jest pacjentów cierpiących na chroniczne bóle się skarży, że przepisywane im przez lekarzy środki uśmierzające są nieskuteczne. Pojawia jednak światełko w tunelu. Okazuje się, że do walki bólem można zaprząc umysł pacjentów. Z naukowców z Texas Tech University opracował specjalny Program Zarządzania Bólem i Stresem (PSMP) wykorzystujący wschodnie techniki medytacji oraz ćwiczenia hatha-ioga. Ośmiotygodniowy trening zaaplikowany grupie chorych przyniósł nadspodziewanie dobre rezultaty. Po roku uczestnicy kursu stwierdzili, że poziom doświadczę przez nich bólu zmniejszył się o 79 proc., a zdolność radzenia sobie ze stresem wzrosła o 80 proc. Co ciekawe, aż 98 proc. z nich się zgodziło, ż to efekt stosowania technik, które poznali podczas zajęć.


Katherine Ellison

Jak Gromyko poznał jogę

Email Drukuj PDF

Jak Gromyko poznał jogę

Magazyn Życie 14 czerwca 2002

Jak Gromyko poznał jogę

Indra Devi, a właściwie Eugenia Peterson, nazwana została feministką
w prefiministycznych czasach. Była też niezwykle odważna: jej pasją były podróże
w "miejsca niemożliwe".

Jak to się stało, że joga podbiła świat cywilizacji Zachodu? Dokonała tego jedna kobieta, bynajmniej nie Hinduska.
Maciej Nowicki

Indra Devi miała zadziwiające życie. Jako pierwsza kobieta Zachodu studiowała jogę w Indiach. Potem zaraziła swą pasją miliony ludzi na kilku kontynentach - od Chin po USA, od Meksyku po Związek Sowiecki. Zwana pierwszą damą jogi, była niezwykle aktywna niemal do chwili swej śmierci w Buenos Aires, pod koniec kwietnia tego roku.

Eugenia zmienia się w Indrę

Urodziła się jako Eugenia Peterson 12 maja 1899 roku w Rydze. Jej matka pochodziła z rosyjskiej arystokracji, natomiast ojciec, obywatel Szwecji, był dyrektorem banku. W młodości Eugenia uczęszczała do szkoły dramatycznej w Moskwie. Ale już wkrótce wybuchła rewolucja i wraz z matką musiała uciekać do Berlina. Tam zatrudniła się - jako aktorka i tancerka - do jednego z objazdowych teatrów rosyjskich. Zwiedziła większość europejskich stolic. W Holandii usłyszała wykład indyjskiego myśliciela religijnego Jiddu Krishnamurti, co wywarło na niej ogromne wrażenie. To sprawiło, że zaczęła marzyć o podróży do Indii.

Wyruszyła tam w roku 1927. W świątyniach południa uczyła się obrzędowych tańców. Z Eugenii Peterson przemieniła się w Indrę Devi (przybrała imię Indra, ponieważ tak miała na imię córka Jawahariala Nehru, jednego z jej słynnych indyjskich znajomych: chodzi oczywiście o późniejszą premier Indii, Indirę Gandhi). I pod tym nowym nazwiskiem zaczęła robić karierę w indyjskiej kinematografii - zagrała główne role w kilku filmach. W roku 1930 poznała Jana Strakaty'ego, attache handlowego konsulatu Czechosłowacji, który został jej pierwszym mężem. To właśnieStrakaty przedstawił ją maharadży i maharani miasta Mysore w południowych Indiach.

Kobieta nie może uczyć się jogi

Było to być może najważniejsze wydarzenie w życiu tej zadziwiającej kobiety. Władcy Mysore byli bowiem entuzjastami jogi. W ich wspaniałym pałacu nauczał Sri Krishnamacharya, wielki mistrz współczesnej jogi.
Posiadł wielką wiedzę w dziedzinach religii, logiki, filologii, muzyki. Podróżował po kraju, wygłaszając odczyty i dając różnorodne pokazy. Był przekonany, że aby przywrócić jogę swym przodkom, trzeba najpierw przykuć ich uwagę. Jednym z jego najważniejszych argumentów były tzw. siddhis, czyli nadnaturalne zdolności fizyczne, nabyte dzięki długiej praktyce jogi. Zatrzymywał samochody siłą swoich rąk, wyginał członki w niemożliwy dla zwykłych śmiertelników sposób, unosił wielkie ciężary w zębach. Stał się naprawdę sławny, kiedy udało mu się wstrzymać bicie własnego serca na dwie minuty. Ale mimo to był bardzo biedny. W roku 1931 Krishnamacharya został poproszony przez rodzinę maharadżów Mysore, aby zechciał nauczać na założonym przez nich Sanskrit College. Miał dobrą płacę i cały swój czas mógł odtąd poświęcić praktyce jogi. Nieszczęście zaczęło się od niego odwracać. Jednak Krishnamacharya był tak niebywale wymagający, że jego uczniowie bez przerwy uskarżali się maharadży i prosili o usunięcie go ze szkoły. Wtedy maharadża, który podziwiał tego surowego człowieka, złożył mu nową propozycję - postanowił, że część jego pałacu zostanie przemieniona w szkołę, w której Sri Krishnamacharya będzie nauczał wyłącznie własnych metod jogi. Krishnamacharya oczywiście podjął wyzwanie. I starał się przekonać do jogi niemal wszystkich - brytyjskich żołnierzy, muzułmańskich maharadżów i innych mieszkańców wszelkich wyznań. Niewiele obchodziły go klasowe czy kastowe różnice. Jedno tylko wydawało mu sia­nie do wyobrażenia - że kiedykolwiek będzie uczyć kobietę.

Odstawić rzeczy z puszki

Indra Devi zainteresowała się jogą jeszcze przed laty, czytając książkę na ten temat wydaną w języku rosyjskim. Gdy później jej serce zaczęło szwankować, doszła do wniosku, że to właśnie joga może jej pomóc.
Gdy Devi poprosiła jogina o nauki, Krishnamacharya bez zastanowienia odrzucił prośbę: kobieta nie ma czego szukać w jego szkole! Pomogło dopiero wstawiennictwo maharadży. Krishnamacharya ciągle jednak miał skrytą nadzieję, że jego niechciana uczennica po kilku dniach zrezygnuje: - Był wobec mnie bardzo ostry. Miał nadzieję, że nie wytrzymam narzuconego mi reżimu - wspominała potem Devi. Ale to nic nie dało. Mimo że jej mąż wyjechał na następną placówkę - do Szanghaju - Devi postanowiła zostać jeszcze przez rok w Indiach i za wszelką cenę studiować jogę.

Krishnamacharya zażądał, aby na zawsze porzuciła kawę, herbatę, rafinowany cukier, białą mąkę i biały ryż. Oraz wszystko, co sprzedawane jest w puszkach czy butelkach. A także mięso. Na dodatek, jeśli chodzi o warzywa, mogła spożywać wyłącznie te ich części, które wyrastały ponad powierzchnię ziemi. Zbawienne rezultaty praktykowania jogi dla jej zdrowia stały się oczywiste, gdy przekroczyła czterdziestkę. Zmarszczki zdawały się znikać jedna po drugiej, a skóra odzyskiwała młodzieńczą sprężystość. Codziennie budziła się w szampańskim wręcz humorze.

W Mysore wstawała o świcie, brała letnią kąpiel i bezzwłocznie oddawała się ćwiczeniom jogi. Potem była medytacja poranna i południowa, a po południu znowu ćwiczenia. Kładła się spać punktualnie o 21:30.

Krishnamacharya osobiście uczył Devi technik oddychania. Przekonał się do swojej upartej uczennicy. Stawał się dla niej coraz łagodniejszy. Pewnego dnia oświadczył, że pragnie, aby ona także została nauczycielem jogi.

Klasa więzienna z Szanghaju

Kiedy pod koniec lat 30. wyruszyła do Szanghaju, postanowiła otworzyć tam własną szkołę. Gorąco sprzeciwiał się temu jej mąż - uważał fen pomysł nie tylko za absurdalny, ale wręcz za niebezpieczny. Był przekonany, że nie spodoba się to Japończykom, którzy okupowali miasto od 1937 roku. A jednaks się udało-szkoła jogi, która powstała w lutym 1939 roku, już wkrótce liczyła 70 uczniów. Lekcje odbywały się m.in. w domu żony Czang Kaj-szeka. Potem, w hotelu Metropol, Devi miała także tzw. „klasę więzienną", na którą składali się pracownicy amerykańskiego konsulatu w Szanghaju, których Japończycy internowali podczas II wojny światowej. Devi wspominała potem, że ci, którzy przedtem unikali jogi jak ognia, w czasie internowania praktykowali ją z niebywałym zapałem.

joga Gromyko cz. 2

Zaraz po wojnie jej mąż wyjechał do Czechosłowacji, gdzie wkrótce zmarł. Devi na rok wróciła do Indii, gdzie uczyła jogi - była nie tylko pierwszą kobietą, ale także pierwszym człowiekiem Zachodu, który robił to w ojczyźnie tej starodawnej wiedzy. Napisała także książkę poświęconą jodze - również pierwszą książkę na ten temat wydaną przez Europejczyka w Indiach. Potem bawiła w Szanghaju: sprzedała wszystko, co miała i wyruszyła na pokładzie statku do Stanów Zjednoczonych. Wkrótce stała się „ambasadorem jogi" w tym kraju. Swanson i Menuhin Gdy w roku 1893 Vivekananda, mistrz współczesnej jogi, odwiedził USA, napisał m.in • „Ameryka - to słowo oznacza miejsce, ludzi i wielką szansę dla wszystkiego, co nowe". „Nowe" oznaczało dla niego m.in. właśnie tę starożytną indyjską wiedzę, dotąd niemal nieznaną w Ameryce. Dlaczego więc joga nie była popularna w tym kraju, jeszcze w pół wieku później, przed przyjazdem Indry Devi? Dlatego, że przez długie lata ta starożytna wiedza importowana była do Stanów głównie jako swoista filozofia - chodziło o takie jej odmiany, gdzie ćwiczeniom fizycznym poświęcano minimum uwagi - a więc mogła interesować tylko wąskie elity. A również dlatego, że na początku lat 20. amerykański urząd migracyjny wprowadził nowe regulacje, które bardzo ograniczyły osiedlanie się Hindusów w Stanach (zmieniło się to dopiero w połowie lat 60.). W roku 1947 Devi otworzyła szkołę jogi w Hollywood. Był to strzał w dziesiątkę. Jej uczniami zostali m.in. Greta Garbo, Robert Ryan czy Gloria Swanson. Wielki sukces nowego przedsięwzięcia wynikał nie tylko z godnej podziwu przedsiębiorczości łotewskiej jogini. Gwiazdy zdały sobie natychmiast sprawę ze zbawiennego wpływu jogi na zdrowie i na młody wygląd (i zdają sobie sprawę do dzisiaj - do najgorętszych jej zwolenników należą Madonna, Meg Ryan, Ricky Martin). Oczywiście te fascynacje gwiazd jogą przyczyniły się do rozreklamowania tej praktyki w całych Stanah. Gloria Swanson podczas wszystkich telewizyjnych występów zachęcała do uprawiania jogi. Yehudi Menuhin, kolejny sławny uczeń Devi, pojawił się na zdjęciu w wydawanym w kilkumilionowym nakładzie magazynie „Life", wykonując pozycję lotosu. Nawet samYehudi Menuhin, najwybitniejszy wirtuoz skrzypiec (stoi na głowie) zaraził się od Indy Devi pasją do jogi. To zdjęcie, jako jedno z wielu, ukazało sie w lutym 1953 r. w magazynie Life w kilkumilionowym nakładzie. W drugiej połowie lat 40. Devi miała w USA tysiące uczniów, wykształciła też setki nauczycieli. Powszechną modę na jogę w Stanach zapoczątkował jednak dopiero Richard Hittieman. O ile Devi uczyła, pisała książki czy występowała z odczytami, Hittieman posłużył się znacznie potężniejszym medium - telewizją. Od roku 1961 Amerykanie zaczęli masowo ćwiczyć przed ekranami swoich odbiorników. Kolejny etap w historii ekspansji jogi na Zachód to oczywiście era hipisowska. Jednym z najbardziej emblematycznych wydarzeń tamtych czasów była wizyta Beatlesów w roku 1996 u Maharishiego MaheshaJogina i mistrza medytacji. W trzy lata później to właśnie jeden zjoginów otworzył festiwal w Woodstock. W tamtych czasach joga na Zachodzie zaczęła być w większym stopniu kojarzona z parareligijną medytacją niż zdrową dla ciała gimnastyką. Podobny zwrot nastąpił zresztą u samej Devi - w połowie lat 60. opracowała ona nowy styl jogi, zwany Sai yoga. Wtedy to jej lekcje zaczęły przypominać „coś na kształt modlitwy, swoiste doświadczenie religijne, połączone z serią standardowych pozycji jogi" - wspomina Fernando Pages Ruiz, pisarz i dziennikarz „Yoga Journal". Joga wchodzi na Kreml Po USA stanęły przed Devi nowe wyzwania. W latach 50., wraz ze swym nowym mężem, lekarzem Siegfiriedem Knauerem, przeniosła się do Meksyku, gdzie także udało się jej rozpropagować jogę. W roku 1960 pojawiła się na pierwszych stronach gazet z całego świata. Ówczesny ambasador Indii w Związku Radzieckim pomógł jej zorganizować konferencję prasową w Moskwie. Wtedy to, w obecności Aleksieja Kosygina, wtedy wicepremiera ZSRR, Andrieja Gromyki, wszechpotężnego ministra spraw zagranicznych oraz Anastasa Mikojana, kolejnego wicepremiera oraz innych partyjnych oficjeli, Devi zaczęła zachwalać dobrodziejstwa jogi. Ponieważ zdołała przekonać obecnych, że joga nie jest religią, Sowieci zgodzili się znieść zakaz jej uprawiania na terenie swego państwa. Odtąd Devi znana była także jako „kobieta, która wprowadziła jogę na Kreml", Gdy miała 84 lata, wybrała się po raz pierwszy do Argentyny, gdzie spotkała miejscową gwiazdę rocka, Piero. Piero znał książki Devi: był nimi zafascynowany i poprosił, aby zgodziła się zostać jego „duchową matką". Wkrótce potem założył stowarzyszenie „Buenos Ondas" (Dobre Wibracje), której członkowie odwiedzali szpitale i więzienia, gdzie uczyli technik medytacyjnych. Wtedy to właśnie Devi postanowiła zamieszkać na stałe w Argentynie i tam uczyć jogi. Wkrótce po jej przyjeździe, w roku 1985, powstało 6 szkół, w których nauki pobierało kilka tysięcy osób. Devi stała się jedną z symbolicznych postaci Argentyny. Jej setne urodziny świętowało ponad 3 tysiące osób, od sąsiadów z dzielnicy po prezydenta Argentyny Carlosa Menema. Niemal do samego końca wykonywała wiele skomplikowanych ćwiczeń, np. bez trudu stawała na.głowie. Na krótko przed śmiercią ukończyła swą ostatnią książkę - „Yoga For You". Ukazała się w maju - Indra Devi obchodziłaby wówczas swoje 103. urodziny. • Magazyn Życie 14 czerwca 2002

Uspokojenie umysłu

Email Drukuj PDF

Uspokojenie umysłu


Artykuł o jodze w gazecie TeleTydzień nr 41 z dnia 21 października 2003 roku.

 

Uspokojenie umysłu


Artykuł o jodze w gazecie TeleTydzień nr 41 z dnia 21 października 2003 roku.
joga teletydzień
Leszek Kawa, instruktor hatha jogi, twierdzi, że ćwicząc, zaczynamy intuicyjnie odczuwać, co jest dla nas dobre, a co złe. Osoby, które paliły, nie mogą wziąć papierosa do ust.

Od najmłodszych lat interesuje się kulturą Wschodu, która jest nierozerwalnie związaną z ćwiczeniami jogi, filozofią zen i wiedzą o życiu – ajurwedą. Jogę odkrył dla siebie 12 lat temu. Już wtedy wiedział, że są to ćwiczenia, które pozwalają osiągać równowagę ciała i psyche. Zaczął też ćwiczyć również dlatego, bo był bardzo nieśmiały i zamknięty w sobie, chciał się z tego wyleczyć. Teraz joga jest całym jego życiem, ćwiczy ją codziennie. Od sześciu lat jest nauczycielem hatha jogi.

Każde z ćwiczeń działa inaczej i ma odniesienie do naszego stanu fizycznego i psychicznego. Na przykład pozycje stojące rozciągają i wzmacniają nogi. Oznacza to, że na poziomie fizycznym lepiej chodzimy, a na poziomie psychicznym „umiemy stanąć pewniej na nogach”, czyli zaczynamy sobie lepiej radzić w życiu. Rozciągniecie barków powoduje, że przestajemy się garbić, zaczynamy lepiej oddychać. W takiej pozycji odnajdujemy siły, aby zrzucić z barków „ciężar życia”. Robiąc wygięcia do tyłu otwieramy klatkę piersiową, a tym samym otwieramy się na innych ludzi i na miłość.

UWAGA WAŻNE!
Jest to system ćwiczeń. Jednym z jego elementów są pozycje (asany) polegające na ustawieniu ciała w nieruchomej postawie. Niezbędnym elementem każdej asany (jest ich ponad 200) jest prawidłowy oddech .  Pozycje te rozciągają i wzmacniają mięśnie i ścięgna. Dotleniają odpowiednie partie ciała, oczyszczają je oraz poprawiają krążenie.  Dzięki oczyszczeniu komórek jest możliwy przepływ energii, który został  zakłócony przez niewłaściwy tryb naszego życia.


fot. Stefan Zubczewski

Ćwicząc pozycje odwrócone takie jak świeca, czy stanie na głowie dotleniamy nasz mózg, który zaczyna lepiej pracować. Uczymy się na wiele rzeczy spojrzeć z drugiej strony, w innym niż dotychczas świetle. Nabieramy do nich dystansu. Jeśli nauczymy się wygodnego stania na głowie, osiągamy dużą  lekkość ciała i umysłu. Świat odwraca się do góry nogami. Pozycje odwrócone mogą leczyć schorzenia np. trądzik.

Asany poprawiając krążenie krwi i usuwając z organizmu nagromadzone toksyny regulują nasz metabolizm, co pozwala zachować odpowiednią wagę. Wywołują one w naszym organizmie głębokie skupienie i spokój, który ogarnia ciało i umysł, usuwając skutecznie wszelkie napięcia. Ale także poprawiają naszą sylwetkę, bo harmonijnie rozwijają wszystkie  mięśnie.

Ćwiczenie jogi uzdrawiają nas z różnych schorzeń. Uzdrawianie ciała i duszy dzieje się  więc jakby przy okazji. Czasami na efekty trzeba czekać kilka miesięcy, ale czasami pojawiają się natychmiast.  Na zajęcia przyszła młoda kobieta, która narzekała na ból szyi. Lekarze nie mogli jej pomóc. Ból zniknął po pierwszych zajęciach.  Inna uczennica, panią około pięćdziesiątki, była otyła o od lat miała bóle kręgosłupa. Tusza i chory kręgosłup uniemożliwiały jej normalne funkcjonowanie. . Zaczęła przychodzić na zajęcia i po miesiącu skończyły się jej problemy z kręgosłupem. Ćwiczy dwa razy w tygodniu, raz z grupą, a raz w domu.

Najlepiej uprawiać jogę w grupie pod okiem instruktora, który który pokaże, jak ułożyć ciało do konkretnych ćwiczeń. Ćwiczymy boso, żeby był lepszy kontakt z podłożem, bo buty czy skarpety, czy koc w wielu ćwiczeniach przeszkadzają. Uniemożliwiają nam stanie równo. Podłoga musi być równa.
Można ćwiczyć rano, wieczorem. W luźnym stroju, żeby nie krępował ruchów. Początkujący powinni zaczynać ćwiczenia hatha jogi od dwóch razy w tygodniu po półtorej godziny, po trzech miesiącach można wykonywać je nawet codziennie. Ważne jest, aby ćwiczyć regularnie.

Joga na stres

Email Drukuj PDF

Joga na stres - Nasz specjalista Iwona Ramotowska z Omśrodka Hatha-Jogi


fot. EAST NEWS
Więcej…

Strona 1 z 2

Jeteśmy partnerem portalu

logo

 

Akceptujemy karty Multisport

multiportsrebrna